Cypr – wyspa (nie zawsze) słońca
Mroki polskiej zimy
W czasie ciemnych miesięcy polskiej zimy zrodziła się w głowie mojego męża myśl – jakże odkrywcza – polećmy gdzieś! Ile to można siedzieć w domu. Ten, kto go zna, uśmiechnie się jedynie z pobłażaniem. Wszak nie był w podróży zagranicznej już…od miesiąca? Niestety nie widać tego po moim blogu, bo ostatni wpis był w 2024 roku. Na szczęście jakiś mądry człowiek zamierzchłych wieków wymyślił na moje usprawiedliwienie przysłowie o szewcu i dziurawych butach. Teraz jestem na etapie, kiedy lepiej być szewcem niż redagować setki postów na blogi dla klientów. Trzeba być jednak twardym, a nie miętkim – chociaż Węgry też z chęcią kiedyś odwiedzę. Ale dziś nie o tym!
Kierowca autobusu ma zawsze rację
Tydzień na Cyprze w lutym jawił się jako namiastka wakacji w środku zimy. W końcu to wyspa słońca i raj urlopowiczów. Po wyjściu z terminala lotniskowego nie wyglądało to źle – zachmurzone, ale słońce gdzieś się przebijało. Wystarczyło dotrzeć do mieszkania i można się relaksować.
Z lotniska w Pafos odjeżdżają do centrum dwa autobusy. Linia 612 na dworzec Tombs of the Kings Bus Station, a 613 na dworzec autobusowy Karavella. Spoko, któż by się tym przejmował. A powinien! Po kilkunastu minutach oczekiwania podjechał jeden z autobusów, nie nasz. Zmieściło się do niego może 30% oczekujących. Czekamy zatem na naszą linię. Wśród tłumu radośnie przechadza się taksówkarz oferując podwózkę do centrum za kilkadziesiąt euro. Na brak zainteresowania, mamrocze sobie pod nosem i narzeka na turystów. Chyba nikt mu nie powiedział, że w Polsce też uczą angielskiego… W międzyczasie podjeżdża nasz środek transportu, który okazuje się większym busem. Cóż pozostaje robić? Trzeba sprytnie przemknąć pomiędzy innymi, coby nie czekać kolejną godzinę na następny. Udaje się, ale to tylko dzięki temu, że kierowca wyrzuca ludzi przed nami, którzy nie mają drobnych. Masz 50 euro – nie jedziesz. Nie, bo nie masz drobnych i takie są zasady. Koniec. Bilety kupisz tylko u kierowcy za gotówkę. Pafos już na początku nauczyło nas zatem, że kierowca na Cyprze ma władzę absolutną i bywa bardzo niemiły.
Warto też wiedzieć, że komunikacja publiczna na Cyprze opiera się wyłącznie na autobusach. Jeżdżą w miarę punktualnie. Pociągów nie ma i nie będzie, bo rozebrali tory.
Z pogodą nie wygrasz, ale zjesz meze!
Prognoza pogody nie współpracowała, ale kto by się tym przejmował. Po dotarciu do mieszkania należało wypuścić się na rekonesans, zakupy i karmienie. W tym czasie świeciło słońce, lał deszcz i nie było nudy. Po wstępnym rozpoznaniu postanowiliśmy pozbyć się nieco pieniędzy i spróbować lokalnego meze. Wszyscy zachwalali Agora Tavern dlatego się tam udaliśmy. Powitał nas kelner, pytając czy na pewno wiemy gdzie przyszliśmy, bo tu nie ma menu. Jest tylko jedna pozycja – meze mięsne bądź rybne.
Teraz czas wyjaśnić, że owo tajemnicze meze, to zestaw kilkunastu małych talerzyków i miseczek, pełnych przystawek i dań głównych. W nich różne pasty, sałatki i kawałki mięsa pieczonego na grillu. Internety ostrzegają, że nie da się tego wszystkiego zjeść. Ja jednak wam mówię, że się da. Wystarczy nie mieć męża na diecie!
Kato Pafos, czyli jeden z niewielu zabytków które udało nam się zwiedzić
Nie przepadamy za starymi kamieniami, ale skoro już jesteśmy, to głupio byłoby nie zobaczyć. Kato Pafos, to rozległy park archeologiczny na otwartym terenie, po którym można wędrować, deptać historię i nikt się tym nie przejmuje. Mało tego – nikt nawet tego nie pilnuje osobiście. Jedynie najcenniejsze mozaiki są odgrodzone od stóp turystów.
Cenna rada: nie kupujcie biletów mówiąc po niemiecku jeśli nie macie dużego refleksu. Kasjer słysząc niemiecką mowę tak zamaszyście walnął biletami w blat, jakby mu ktoś ostatni kawałek hallumi podprowadził. Przy poprzednich turystach kupujących na migi zachowywał się normalnie. Chyba ma uraz do Germanii.
Nie zdążyliśmy natomiast wejść do zamku. Sądząc po filmach na YT, mało kto tam wchodzi. Grobowce Królewskie także nie doczekały się naszej obecności.

Z lokalnych zabytków odwiedziliśmy jeszcze Kościół Panagia Chrysopolitissa, gdzie mszę odprawia Azjata mówiący trochę po polsku, ale nie na tyle, aby wygłosić kazanie. Wszystko było zatem angielsko-polskie. Przy okazji można podziwiać stanowisko archeologiczne, które – standardowo na Cyprze – nie przeszkadza w swobodnym poruszaniu się tam mieszkańców czy turystów.

Jazda po cypryjsku
Mój mąż zdobywał doświadczenie jeżdżąc w otoczeniu nieśmiertelnych kierowców BSK czy w godzinach szczytu po Sycylii, ale jazda pod prąd, to coś nowego. Właściciel wypożyczalni George wyglądał na trochę rozbawionego, obserwując pierwsze próby po parkingu. Już pewnie w myślach zastanawiał się gdzie zamówić nowe auto w miejsce niebieskiego Swifta, który z pewnością nie wróci w jednym kawałku. Swift przejechał dzielnie przez cały Cypr bezawaryjnie. Podobnie jak kierowca, który pod koniec zaczął nawet odróżniać kierunkowskazy od wycieraczek. Dlatego jeśli szukacie bezproblemowej wypożyczalni – polecam George Car Rentals w Pafos. Męża nie wypożyczę, weźcie sobie swojego.
Okolice Pafos
W bliskiej odległości od miasta warto zobaczyć Skałę Afrodyty. Jest tam duży i bezpłatny parking, bo z tym akurat na Cyprze nie ma większego problemu. Wystarczy przejść podziemnym przejściem pod drogą na drugą stronę i już można robić instagramowe fotki. Jeden powie, że to tylko kawałek skały. Inny zachwyci się kolorem wody. Jeszcze inny skręci kostkę na kamieniach. Dla każdego coś miłego. Tak czy inaczej warto zobaczyć, zatrzymując się po drodze. Kawałek dalej w stronę Limassol jest też ciekawe miejsce do zrobienia kolejnego selfie. Z daleka widać miejsce do zatrzymania się bezpośrednio przy drodze.
Na północ od Pafos jest natomiast inna „zdjęciowa” atrakcja, czyli wrak statku Edro III. Jeśli się nie ma innych atrakcji, zawsze można jakąś wygenerować. Statek osiadł na mieliźnie w 2011 i od tego czasu malowniczo rdzewieje. Nikt go nie wyciągnął, ale za to pojawił się w pobliżu bar, gdzie spragniony turysta może się posilić przed dalszym zwiedzaniem. Warto zobaczyć, bo okolica jest bardzo ładna.

Omodos i Fikardou – slalom między kamieniami
Drogi cypryjskie nie są złe. Problem pojawia się dopiero jeśli wybieramy się w góry. Wąskie serpentyny to jeszcze nic, szczególnie że ruch w lutym nie należy do intensywnych. Prawdziwe zagrożenie, to mnóstwo kamieni spadających ze zboczy i leżących w różnych częściach drogi. Dlatego czas dojazdu, który pokazuje nawigacja, niekoniecznie ma odzwierciedlenie w czasie dotarcia do wioski Omodos.
Omodos leży na wysokości 810 metrów n.p.m., a roczna suma opadów wynosi tu około 760mm. To sprawia, że uprawia się tam liczne drzewa owocowe, a także winorośle. Na głównym placu warto wypić kawę, a potem przejść się wąskimi uliczkami.
Kolejne miejsce w pobliżu, to Fikardou. Jedno z mniej oczywistych, bo nie ma tu tłumu turystów i sklepów z pamiątkami. To wioska – muzeum, gdzie pani sprzedaje (?) darmowe bilety, a jednocześnie oprowadza. Można wejść do kilku starych chat, które przeszły renowację. Wewnątrz wyglądają bardzo podobnie do naszych – ot taki skansen. Największe wrażenie robi jednak spacer po opuszczonych uliczkach i domach, gdzie czas się zatrzymał.
Jest tam jednak jedno „żywe” miejsce. To rodzinna tawerna, gdzie można zamówić lokalne, domowe jedzenie. Wystrój, trzeba przyznać, że bardzo klimatyczny…
Limassol – bogactwo w towarzystwie libańskiej kawy
Może to herezja, ale Limassol miało dla mnie najmniej do zaoferowania. Jest tam oczywiście zamek z muzeum w środku. Niewielkie stare miasto, port, czyli wszystko to, co w większości tego typu lokalizacji. Długim deptakiem można też przejść w stronę dzielnic, gdzie pojawiają się nowoczesne budynki i drogie samochody. Nic w tym dziwnego, bo jest to miasto przyciągające inwestorów zagranicznych. Nie znalazłam tam jednak niczego zachwycającego.
Sytuację uratowała jedynie restauracja. Plac Saripolou, to zagłębie gastronomiczne. Trudno się zdecydować, ale za nas zdecydował kot, który się wylegiwał przy jednej z restauracji. Okazało się, że można tam spróbować libańskiej kawy, którą zaproponował wystraszony kelner. W dobie wszechobecnej Lavazzy z ekspresu przepraszał, że nie ma takiej w ofercie. Nie wyglądał na przekonanego, że chętnie spróbujemy czegoś innego. W końcu ekspres mamy w domu. Do zamówionego dania i kawy otrzymaliśmy nieśmiało podaną przystawkę i owoce na deser – wszystko to gratis.
Koniec, ale ciąg dalszy nastąpi
Podczas naszego wyjazdu odwiedziliśmy jeszcze Cypr Północny, ale zasługuje na osobny wpis, bo to całkiem inna rzeczywistość. Z pewnością kiedyś powstanie. Warto jednak podsumować – kraj wszechobecnych kotów, to sympatyczne miejsce na spędzenie czasu. Nie robi jednak takiego „wow” jak sama Grecja. Pewnie dlatego, że w Grecji już byliśmy i swoje widzieliśmy (deszcz na Akropolu też!). Jest to jednak dobra odskocznia od zimowej codzienności w Polsce. Warto też podkreślić, że Cypryjczycy, to ludzie bardzo serdeczni i pomocni. Cieszą się tak samo jak wszyscy, kiedy turysta próbuje mówić „dziękuję” w ich trudnym do zapamiętania języku.




















